środa, 9 stycznia 2013

Jednomyślnie najlepsze burgery bezmięsne

Wiem - kiepski ze mnie kulinarny fotograf. Wiele nauki przede mną, ale mam bardzo dobre chęci, więc możecie liczyć na poprawę w tej kwestii. Tyle tytułem skruszonego wstępu.

Teraz część wstępu numer dwa - musicie wiedzieć, że mój małżonek absolutnie nie znosi moich testów z kotletami, burgerami i innymi podobnymi wyrobami, które mają w obiedzie pełnić funkcję kotletów. Do dziś mi wypomina popełnione przed ośmioma laty kotlety na podstawie przepisu z pewnego poczytnego pisma fitnesowego na literę 'S' :) wykonane z cukinii i czerwonej fasolki które wyglądały... No tak wyglądały, że nie dało się zmusić żeby je zjeść. Ale ja jako autorka się zmusiłam, mało tego, wówczas jeszcze nie-męża też zmusiłam - smakowały jeszcze gorzej niż wyglądały. Uwierzcie! Tyle tytułem wstępu numer dwa, a ma on swoje uzasadnienie - przez te lata nie ustałam w swoich próbach znalezienia dobrego przepisu na kotlety wegetariańskie i tym razem odniosłam sukces na całej linii! Otóż usłyszałam z ust zadowolonego małżonka, że to najlepsze kotlety niemięsne jakie kiedykolwiek zrobiłam, że nawet w kategorii mięsnej wysoko by się uplasowały bo smakują jak mięsne (prawie), ładnie wyglądają (w wersji na żywo wyglądały lepiej niż na moich zdjęciach) i mają dobrą konsystencję, spójną. Widzicie więc - po takiej entuzjastycznej ocenie nie mogłam nie podzielić się z Wami przepisem na ten obiad niezależnie od tego jak udało mi się uchwycić burgery na zdjęciach. Szczególnie, że udało mi się do kotletów dobrać świetną sałatkę, a całość ma bardzo zdrowy skład, jest sycąca i łatwa do przygotowania. Super, prawda?


Do przyrządzenia 6 kotletów użyłam:
  • 50g sypkiej kaszy quinoa
  • 1/2 Ł oliwy
  • małą czerwoną cebulę
  • 6 ząbków czosnku (oczywiście można ograniczyć tę ilość)
  • puszka czerwonej fasolki, przepłukanej i osączonej
  • 1Ł ajvaru
  • 2Ł dobrego ketchupu
  • 1 jajko
  • 75g kukurydzy z puszki
  • pietruszka - użyłam suszonej, bo tylko taką miałam, ale lepiej użyć świeżej
  • przyprawy: sól, chili, kmin - starte razem w moździerzu na proszek
  • 40g otrębów pszennych
Na sałatkę:
  • pół opakowania roszponki
  • ulubiony dressing - ja użyłam pikatnego dressingu chipotle z Walden Farms
  • garść oliwek


Jedna porcja to 2 kotlety i połowa sałatki.
Wartości odżywcze jednego kotleta 126kcal, białko 7,3g, 17.8g węglowodany, 2,6g tłuszczu.

Quinoa ugotować w osolonej wodzie (12-15 minut, proporcje do gotowania quinoa to 1 część kaszy na 2 części wody), odstawić do wystudzenia.
Czosnek i cebulkę zeszklić na oliwie, nie dopuścić do zbrązowienia czosnku, bo potrawa będzie gorzka.
W dużej misce rozgnieść łyżką do robienia puree lub widelcem fasolkę na mniejsze kawałki - nie miksować blenderem, nie chodzi o uzyskanie jednolitej masy, tylko rozdrobnionego warzywa o wyczuwalnej strukturze.
Do fasolki dodać przestudzoną quinoa i cebulę z czosnkiem oraz wszystkie pozostałe składniki, uformować kotlety, ja zrobiłam to tak: dobrałam miseczkę wielkości kotleta, jaki chciałam uzyskać i wyłożyłam ją folią aluminiową. Do tak wyłożonej miseczki włożyłam odważoną ilość masy i porządnie ugniotłam łyżką, nakryłam z wierzchu wystającymi z boku kawałkami folii i wyjęłam z miseczki zapakowanego kotlecika, tak postąpiłam z kolejnymi, uformowane kotlety włożyłam do lodówki na całą noc (zapewne parę godzin wystarczy, ale ja szykowałam je poprzedniego wieczora).
Następnego dnia położyłam kotlety na blachę wyłożoną papierem do pieczenia (nie kleiły się do folii aluminiowej i nie zmieniły kształtu gdy przekładałam je na blachę) i wstawiłam do piekarnika nagrzanego do 200 stopni na 12 minut.
Kotlety podałam z prostą sałatką i doskonale do niej pasowały - na roszponkę wyłożyłam posiekane zielone oliwki, całość polałam bekonowym dressingiem Walden Farms (dziś pokazuję tylko jego opakowanie, chciałabym Wam napisać oddzielnego posta na temat produktów tej firmy - mają zero kalorii!). Zamiast roszponki można użyć dowolnej sałaty, ale jej miękkie listki o delikatnym smaku świetnie pasowały do kwaskowatych oliwek a dressing fajnie połączył całość. Następnego dnia tę samą sałatkę zamiast z oliwkami zrobiłam z dressingiem farmerskim i z pomidorem - niestety z gorszym efektem, zimowe pomidory to kiepski pomysł :(
Kotlety doskonale sprawdzą się następnego dnia włożone do pełnoziarnistej kanapki z jakimś świeżym warzywem (papryka) lub ogórkiem konserwowym.

Za klucz do sukcesu w wykonaniu tych kotletów uważam:
1. Trzymanie uformowanych surowych kotletów w lodówce przez kilka godzin - dzięki temu masa dobrze się ze sobą spoiła.
2. Pieczenie zamiast smażenia - to po pierwsze pozwala znacznie ograniczyć ilość użytego tłuszczu, a po drugie nie naraża nas na stres przy przewracaniu kotletów na drugą stronę. No i w czasie pieczenia można się zająć przyrządzeniem sałatki, co przy smażeniu nie jest takie proste, bo nad patelnią trzeba stale czuwać.

Pomysł zaczerpnęłam stąd.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz