piątek, 19 kwietnia 2013

Testuję dla was Allevo; głód psychiczny a głód fizyczny czyli czy można najeść się koktajlem


Test Allevo

Postanowiłam przyjrzeć się i przetestować dla Was na sobie produkty Allevo. Z tego co wiem są obecne na naszym rynku od ubiegłego roku, ale dopiero tej wiosny rozpoczęła się intensywna kampania reklamowa Allevo jako środka odchudzającego, której twarzą została Anna Guzik.

Na początek parę słów o mnie i jaki mam plan:
  • Będę stosować Allevo przez 2 dni, w różnych wersjach, jako menu całodzienne oraz jako substytut jednego posiłku, część saszetek rozrobię z wodą a część z mlekiem.
  • Nie mam nadwagi, jestem osobą utrzymującą wagę po schudnięciu; schudłam 17kg i trzymam wagę na tym poziomie od 4 lat
  • Zwykle dziennie zjadam 1200-1400kcal, nie zdarzają mi się cheat-day; 
  • W czasie testowania produktu nie zmieniam nic w swoim trybie życia, śpię, pracuję i jestem aktywna fizycznie tak samo jak w inne dni
  • Na test wybieram dni w środku tygodnia, nie weekend - wówczas łatwiej utrzymać (przynajmniej mi) dyscyplinę i nie podjadać
Zaopatrzyłam się w opakowanie mix 6 saszetek - 2 zupy porowo-ziemniaczane, dwa koktajle jagodowo-truskawkowe, 2 koktajle czekoladowe. Oprócz tego kupiłam batona toffee.
Mam już doświadczenie w żywieniu się wyłącznie płynnymi posiłkami, część z Was być może pamięta, że kilka miesięcy temu zgotowałam sobie warzywno-owocowy detoks (tych, którzy nie mieli okazji, zapraszam do przeczytania moich zmagań)

Dzień pierwszy - jem wyłącznie produkty Allevo

Z informacji na opakowaniu wynika, że porcja dzienna to 5 saszetek, po jednej na każdy posiłek. Można je rozrabiać z mlekiem (w ramach LCD - diety niskokalorycznej) lub wodą (w ramach VLCD - diety bardzo niskokalorycznej). Porcja zawarta w saszetce to 110-120kcal, jeśli dodamy do tego porcję chudego mleka mamy około 200kcal. W sumie w ciągu całego dnia zjem więc około 850kcal - mało, ale nie drastycznie mniej niż zwykle.
W tym miejscu dodam, że na opakowaniu jest zawarte całe mnóstwo informacji, powiedziałabym wręcz, że jest ono nimi przeładowane i trudno znaleźć informację, której właśnie szukamy. Zlewają się ze sobą poszczególne wersje językowe instrukcji, łatwo się pogubić. Nie jest oczywiste, czy podane na opakowaniu wartości odżywcze dotyczą gotowego posiłku przyrządzonego na mleku czy na wodzie - z proporcji na 100g wynika, że muszą to być wartości dla posiłków na wodzie (co jest podejściem odmiennym od innych posiłków w proszku, jak choćby budyniu, dla którego producenci podają kaloryczność z uwzględnieniem mleka, którego się do niego dodaje). Moim zdaniem powinno to być wyraźnie wskazane, mówimy o osobach, które mocno walczą z wagą i każda kaloria przy tak niskowartościowym posiłku ma istotne znaczenie.

Śniadanie - koktajl truskawkowy (6:50)

Dzień zaczynam od koktajlu jagodowo-truskawkowego na wodzie. Mocno się 'kluskuje', ciężko go rozprowadzić wodą. Producent zaleca 'wstrząsnąć kilkakrotnie shakerem', ale taka metoda daje żałosne rezultaty, na dnie shakera spoczywa przyklejony do niego różowy glut. Mocno mieszam widelcem i łyżką, proszek udaje mi się względnie rozpuścić, po powierzchni pływają suszone owocki. Napój - wodnista rzecz, raczej nie nazwałabym tego shakiem, który kojarzy mi się z piankowym puszystym napojem - ma lekko truskawkowy smak, takiego niezbyt wyrazistego w smaku jogurtu, słodkawy, ale nie bardzo słodki. Ogólnie dość smaczny, ale rzadki, tych kilka owocków i kawałków pestek nie daje gęstości. Wyczuwam skrobiowaty posmak, ale jestem na niego wyczulona, więc to nic dziwnego. 
Wrażenia ogólne: koktajl smaczny, ale gdzie jest do licha moje śniadanie? ;) Z herbaty rezygnuję, żeby nie mieć ciężaru w żołądku od nadmiaru płynów. Duży plus za tempo - mam 15 minut niż zwykle więcej na makijaż.
Ku mojemu zaskoczeniu dość szybko po wypiciu koktajlu przychodzi fizyczne uczucie sytości. Jest ok.

Lunch - koktajl czekoladowy (12:10)

Z trudem dotrwałam do południa, od 10 byłam głodna, wspomogłam się dwoma zielonymi herbatami. Wypijam koktajl czekoladowy, tym razem na mleku, mam nadzieję, że wystarczy na dłużej niż poranny koktajl na wodzie. Glutuje i kluskuje się podobnie jak truskawkowy. Żeby starczył mi na dłużej sączę go przed komputerem powolnymi łykami, co nie jest łatwe biorąc pod uwagę jak jestem głodna. Proszek ma tendencję do osiadania na dnie, w czasie piętnastominutowego sączenia muszę kilka razy zamieszać napój łyżeczką.Smak kakaopodobny, mniej intensywny, lekko słodki, skrobia mniej wyczuwalna niż przy truskawkowym. Dość smaczny, ale prawdę mówiąc wolę moje ulubione czekolady do picia light (kalorii 5 razy mniej, smakuje pyszniej; sytość daje raczej mniejszą - nie próbowałam wprawdzie nigdy taką czekoladą zastąpić posiłku, ale obstawiam, że bym się nią nie najadła). Nie czuję się najedzona, nie mam satysfakcji ze zjedzonego lunchu, ale przynajmniej nie burczy mi w brzuchu.

Obiad - zupa porowo-ziemniaczana (17:20) ...

Pierwszy posiłek Allevo przyrządzony na ciepło, rozpuszcza się łatwiej niż zimne koktajle, zupę przygotowuję na mleku. Część proszku pozostaje w grudkach - nie jestem pewna, czy to nierozpuszczony proszek, czy maleńkie kawałki suszonych ziemniaków. Zupa ma delikatny smak, niemal domowy, jak krem szparagowy, tylko jest znacznie bardziej wodnista i tego wrażenia nie zmniejszają kawałeczki suszonych ziemniaków i pora pływające po powierzchni. Zjadam ją jak przystało na zupę łyżką z miseczki, ale aż się prosi, żeby ją wypić z kubka jak 'gorący kubek'. Różnica jest taka, że jeśli zdarza mi się sięgać po 'gorący kubek' to w ramach ciepłego napoju w zimowy wieczór - na niewielki głód i rozgrzanie. A tym razem zupka ma stanowić mój obiad. Po zjedzeniu zupy nie mam wrażenia, że zjadłam pełen posiłek, na dodatek mój organizm domaga się deseru. 

... i deser - koktajl truskawkowy (17:30)

Ponieważ zostały ma na dziś jeszcze dwie saszetki, ponownie sięgam po koktajl truskawkowy, tym razem przygotowuję go na mleku. Nie odczuwam kolosalnej różnicy w smaku w porównaniu do porannej wersji koktajlu na wodzie. Koktajl nie jest szczególnie słodki, więc nie jest to w pełni satysfakcjonujący deser, ale wreszcie nie jestem głodna, duża ulga na tle dotychczasowych doświadczeń dnia z Allevo.

Kolacja - koktajl czekoladowy (20:30)

Na kolację wypijam koktajl czekoladowy na wodzie. Tu wyraźniej czuję różnicę, wersja na mleku była ewidentnie smaczniejsza (i słodsza - mleko zawiera przecież sporo cukru). 
Zagęszczenie posiłków w drugiej połowie dnia było nieco większe niż w pierwszej, więc głód fizyczny nie doskwiera mi tak bardzo. Jestem jednak rozdrażniona, nieustannie myślę o jedzeniu, mam ochotę wbić w coś zęby, żuć, gryźć, chrupać. Brakuje mi czegoś o konkretnej konsystencji posiłku - a nie napoju.
Nie wyobrażam sobie, że miałabym tak funkcjonować przez 2 tygodnie. Cieszę się, że ten dzień jest za mną, mam nadzieję, że jutrzejszy będzie łatwiejszy.


Dzień drugi - zastępuję koktajlem Allevo tylko jeden posiłek + baton Allevo na deser

Ponieważ pomysł z piciem shaków przez cały dzień zupełnie mnie nie przekonał, postanowiłam dać Alevo drugą szansę i przetestować je w takim użyciu, jak sugeruje producent w ramach podtrzymania lub kontynuowania efektów diety - czyli zastępuję shakiem Alevo tylko jeden wybrany posiłek.
Wybrałam śniadanie, wypiłam shake czekoladowy przygotowany na chudym mleku co daje w sumie około 200kcal. To dokładnie tyle, ile zwykle zjadam na śniadanie (chrupkie pieczywo + serek + szynka + świeże warzywa i jogurt).
Codzienne śniadanie daje mi zapas energii do 10:30, wtedy zjadam niewielką porcję owoców lub warzyw, 12:30-13:00 zjadam lunch. 
Dziś o 10 burczy mi w brzuchu solidnie. O 10:30 brzuch mnie boli z głodu, z przyjemnością zjadam spore jabłko. O 13 zjadam frittatę, porcja lunchowa jak zwykle. Jestem po niej najedzona, ale już dwie godziny później czeka mnie przykra niespodzianka - jeszcze nie skończyłam pracy, zanim dojadę do domu minie kolejna godzina - przede mną 2,5h do obiadu a ja jestem potwornie głodna! Wygląda więc na to, że nie tylko shake Alevo dał mi energię na krócej niż zwykłe śniadanie o tej samej kaloryczności, ale na dodatek tego niedoboru nie udało mi się zniwelować kolejnym posiłkiem.
Czekając na autobus kupuję w kiosku opakowanie marwitków i zjadam je łapczywie jeden za drugim, na takim paliwie z surowych marchewek docieram do domu.
Na obiad zjadam grilowaną pierś kurczaka z warzywami.

Na deser zjadam połowę batona Allevo o smaku toffee. Prawdę mówiąc mam kłopot ze zidentyfikowaniem po co ten baton jest - cały baton ma aż 210kcal, jest więc dość wysokokaloryczny jak na batona. Jest na nim napisane, że jest niskokaloryczny, ale jak rozumiem dotyczy to batona występującego w roli substytutu posiłku - biorąc pod uwagę, że większość saszetek Allevo jest słodka, nie miałabym ochoty na kolejny słodki posiłek w formie batona, nie mógłby mi zastąpić np. obiadu. Nie wiem jakie jest umiejscowienie batona w diecie względem saszetek, jest od nich niemal dwukrotnie bardziej kaloryczny.
Baton smakuje jak krówka o mało intensywnym smaku. W przekroju ma strukturę podobną do michałków, ale nie ma w niej kawałków orzechów. Ta wewnętrzna masa batona, zajmująca około 85% jego objętości, jest mocno gumowata i dość nijaka w smaku. Spowija ją cienka warstwa masy toffee-karmelowej (najlepsza część batona) i cienka warstwa czekolady mlecznej, też o dość mało intensywnym smaku.
Baton jest smaczny, je się go dość długo, bo trzeba mocno przeżuwać, przypomina w smaku typowy baton proteinowy. Nie jest tak pyszny, żebym miała ochotę po porostu po niego sięgnąć, jak po zwykły słodycz.

Test Alevo - podsumowanie

Postaram się opisać w punktach moje doświadczenia i spostrzeżenia z dwudniowego testu Alevo, mam nadzieję, że takie podsumowanie okaże się pomocne tym, którzy się zastanawiają nad jego kupnem:
  • Smakowo - ogólnie jestem na tak; produkty są smaczne, nie smakują sztucznie, mają nieprzesadzony aromat, nie wyczuwam smaku substancji słodzących, trochę czuć w smaku skrobię;
  • Smakowo w szczegółach - jak dla mnie smak produktów Allevo jest nieco zbyt mdły, za delikatny; wolę produkty "walące po kubeczkach smakowych"
  • Konsystencja - dość wodniste; najgęstszy ze wszystkiego jest koktajl z owoców jagodowych
  • Czy Alevo odchudza - tak, jestem pewna, że ktoś, kto wytrwa na Alevo dwa tygodnie zgubi kilka kilogramów; ale niestety też mam pewność, że natychmiast je odrobi, gdy tylko wróci do poprzedniej diety. 
  • Sytość - tuż po wypiciu koktajlu czy zupy Alevo ma się fizyczne uczucie wypełnienia,  energii wystarcza z tego na 2 godziny, po tym czasie przychodzi faktyczne uczucie fizycznego głodu; posiłki choć smaczne, nie dają satysfakcji z jedzenia, płyny przyjmuje się szybko, szybko znika o nich pamięć, nie trafia do mnie w ogóle taka forma odżywiania.
  • Minus za wysoką cenę - moim zdaniem za połowę tej ceny można sobie wcale nie wielkim nakładem pracy skomponować bardziej sycące i smaczniejsze posiłki.
  • Skład jest przyzwoity, nie widzę w nim nic rewolucyjnego; prawdę mówiąc, aż boję się to napisać, ale zamiast takiej saszetki za 7zł wolałabym wypić zwykły gorący kubek za 1,20zł. Nie miałby wprawdzie tylu cennych minerałów, które deklaruje na opakowaniu Allevo, ale byłby pięć razy tańszy i przynajmniej tak samo smaczny.
  • Zastanawia mnie sens słodzenia produktu ultradietetycznego fruktozą - fruktoza ma niskie IG, owszem, ale organizm wręcz nie czerpie z niej energii tylko odkłada zapas w formie tłuszczu wokół wątroby. Myślę, że większy sens miałoby posłodzenie produktu substancją bez kalorii (np. stewią; Allevo oprócz fruktozy zawiera tekże sukralozę) a w miejsce tego dodanie innego składnika złożonego dającego poczucie sytości na dłużej. Energia z fruktozy nie zaspokaja głodu.
  • Plus za łatwość przyrządzania - naprawdę robi się to błyskawicznie. Jest to też minus, rytuał przyrządzania posiłków pobudza soki trawienne, w gruncie rzeczy przygotowanie jedzenia to element posiłku po prostu, korzystając z gotowych produktów odbieramy go sobie

Sens odchudzania i metoda diety koktajlowej

Niejednokrotnie przedstawiałam Wam mój pogląd na odchudzanie i jego istotę, choćby opisując jak zabrałam się za dietę teściowej. Moim zdaniem nie ma sensu żadna dieta, która polega na czasowym odstawieniu określonych produktów - dieta oparta na koktajlach jest jej najbardziej rygorystyczną odmianą. Powodów jest kilka, o nich też niejednokrotnie wspominałam - oczywiste jest, że po powrocie do poprzedniego sposobu odżywiania wróci się do poprzedniej wagi. Załóżmy, że ktoś zaciśnie zęby i pijąc przez dwa tygodnie 5 dietetycznych koktajli dziennie faktycznie schudnie, 6kg. Półtora rozmiaru mniej. A co dalej? Co będzie jadł po tych 2 tygodniach? Z diety trzeba usunąć to, bez czego można żyć, zostawić to, co lubmy najbardziej i uzupełnić zdrowymi, możliwie niskokalorycznymi składnikami otrzymując poprawnie zbilansowaną, smaczną i satysfakcjonującą dietę, której jesteśmy w stanie bez poczucia pokrzywdzenia przez los przestrzegać całe życie. 
Jeśli jesteśmy przy temacie satysfakcji, chciałabym poruszyć dość istotny moim zdaniem problem odchudzania koktajlami (wszelkiej maści, nie tylko Allevo). Jedzenie jest dla większości z nas przyjemnością. Odczuwamy je zmysłowo, cieszymy się konsystencją, zapachem, smakiem, łączeniem ze sobą soczystej miękkiej surówki z chrupiącą skórką przypieczonego kawałka mięsa. Dieta koktajlowa odbiera nam tę część cieszenia się z jedzenia. Oczywiście, można powiedzieć, że to podejście hedonistyczne i że dla człowieka pierwotnego (czego nie jestem wcale pewna) jedzenie było jedynie sposobem dostarczenia koniecznej energii a nie przyjemnością. 
Zastanówmy się dlaczego niektórzy z nas mają nadwagę - najprostsza odpowiedź brzmi: z powodu nadmiaru jedzenia. Tak, jemy za dużo. Ktoś, kto ma nadwagę ma ją nie dlatego, że go los pokarał, tylko dlatego, że albo bardzo lubi jeść, albo zajada smutki - i niestety, ale żadnego z tych bodźców Allevo, ani żadne inne shakowe jedzenie, nie zastąpi. Mam tendencję do tycia. Uważam się też za smakosza. Zamiast męczyć się sięgając po substytuty posiłków, wolę wymyślać własne i dobrze się przy tym bawić.

Zupełnie na marginesie chciałabym się z Wami podzielić jeszcze jednym spostrzeżeniem. Najpierw myślą podzieliłam się z mężem: Ania Guzik schudła i to mocno, ale w przeciwieństwie do innych znanych osób, które uzyskały świetną sylwetkę, nie wygląda olśniewająco. Sławne kobiety często przechodzą metamorfozę, chudną i pięknieją tak bardzo, że wzroku nie można od nich oderwać. Nie umiałam powiedzieć dlaczego patrząc na odchudzoną Anię Guzik nie widzę w niej promieniejącej szczęściem i zdrowiem kobiety, uznałam, że po prostu nie jest typem tak efektownej kobiety (przy całej mojej sympatii dla niej). Celnie temat ujęła jedna z komentujących wpis o Ani Guzik na fanpagu Shape'a - ona ma kiepską, zmęczoną cerę, wygląda na wymęczoną dietą, a nie na promieniejącą zdrowiem i zdrowym trybem odżywiania.

A jakie są Wasze doświadczenia z Allevo? Slim Fast? Co sądzicie o tego typu produktach? Zapraszam do komentowania!




Niniejszy tekst nie stanowi testu skuteczności produktu Allevo jako środka odchudzającego lub wspomagającego odchudzanie i nie może być traktowany jako potwierdzenie lub zaprzeczenie jego skuteczności. Dla przeprowadzenia kompletnego testu konieczne byłoby kontynuowanie go przez dłuższy okres czasu na większej grupie użytkowników o zróżnicowanej nadwadze w warunkach klinicznych.

piątek, 12 kwietnia 2013

Batoniki daktylowo-figowe i daktylowo-orzechowe czyli zgadnij z ilu składników może powstać coś pysznego i zdrowego


Dziś przedstawiam Wam  tradycyjne duńskie batoniki robione z masy owocowej lub owocowo-orzechowej. Do niedawna nie wiedziałam, że Skandynawowie mają tak dobre słodycze bo przyznam, że do fanów lukrecji (w przeciwieństwie do mojego szalonego męża) nie należę :) Na te batoniki wpadłam całkiem przypadkiem w Lidlu w trakcie tygodnia skandynawskiego - większość rzeczy nie wydała mi się godna zakupu, głównie ze względu na przeraźliwie długie listy składowe. Zaopatrzyłam się w duński miodek (kremowy, bardzo przyjemny na kanapki), wór lukrecji i dwa opakowania tych batoników, kierowało mną:
- niska kaloryczność,
- figi i daktyle w składzie (dałam się już Wam poznać jako figomaniak :)),
- krótki skład. 
W domu zjedliśmy je na deser, każde z naszej trójki mruczało z zadowolenia, nawet moja wybredna latorośl była usatysfakcjonowana. To mało powiedziane - batoniki były tak pyszne, że tego samego dnia wieczorem mąż kupił jeszcze 7 paczek a dwa dni później objechałam trzy Lidle w okolicy zgarniając pozostałe pojedyncze sztuki. Wiem, szaleństwo :) Ale są naprawdę pyszne.Batoniki są miękkie,mokre, ciągnące, niesamowicie intensywne w smaku. Te z dodatkiem orzechów mają przyjemne małe kawałki orzeszków, ale nie są chrupiące. Są dość mocno słodkie, ale to taka owocowa słodycz, nie jest więc nadmierna.


W paczce jest 5 batoników, takie opakowanie kosztuje około 5zł, jest to więc całkiem przyzwoita cena. Każdy batonik jest osobno pakowany, więc można je wziąć ze sobą i mieć pod ręką, nadają się świetnie zarówno na deser, jak i na szybką przekąskę np. na drugie śniadanie jedzone w biegu z jednego spotkania (wykładu) na drugie. Batoniki mają ciepły brązowy kolor, taki, jakiego można się spodziewać po batonikach z suszonych owoców.


A teraz, Panie i Panowie, zagadka. Ile składników mogą mieć takie pyszności? Przypominam, że są kupione w zupełnie zwykłym sklepie, markecie jakich pełno. Jakieś propozycje? 10? 15? Do tego przyzwyczaił nas batoniki dostępne powszechnie na rynku. A te mają, odpowiednio, 4 i 5 składników. CZTERY lub PIEĆ! Na dowód przedstawiam zdjęcia opakowania:



Bez cukru. Bez słodzików. Bez wzmacniaczy, utrwalaczy, konserwantów, barwników, zagęstników, spulchniaczy i całego towarzystwa tej maści. Czyż to nie wspaniałe, że ze składników, które można policzyć na palcach jednej ręki da się wyczarować takie smakołyki? Zamierzam przymierzyć się do zrobienia podobnych samodzielnie w domu, chyba nawet ustalenie proporcji nie będzie trudne - jeśli będą udane smakowo, pokażę Wam efekty mojej próby, ale ostrzegam, że taka śliczna jodełka to mi na nich na pewno nie wyjdzie ;) 
Jeśli zastanawiacie się dlaczego polecam Wam produkt, który w Lidlu został wykupiony na pniu i jest już nie do dostania, wyjaśniam:
  • Po pierwsze, Lidl regularnie powtarza swoje tygodnie tematyczne i przy kolejnym tygodniu skandynawskim gnajcie do Lidla i kupujcie w ciemno.
  • Po drugie - zrobiłam mały wywiad rynkowy i już wiem, że batoniki tego typu faktycznie są charakterystyczne dla duńskiego rynku słodyczy, występują w większej gamie smakowej niż tylko figowo-daktylowej (są np. z masy truskawkowej czy morelowej), robi je wiele marek i jest spora szansa, że prędzej czy później natkniecie się gdzieś na podobny produkt. Gorąco polecam!
A na koniec pokażę Wam jeszcze batoniki Hipp, które można uznać za w pewnym sensie podobne do tych, które są bohaterami dzisiejszej recenzji. W pewnym sensie, gdyż są to produkty tzw. specjalnego przeznaczenia żywieniowego dla małych dzieci i one się rządzą swoimi prawami, niektórych rzeczy w nich nie może być a inne muszą się znaleźć. Batoniki z orzechami nie są przeznaczone dla małych dzieci. Produkty te nie są więc w pełni porównywalne i absolutnie nie chcę powiedzieć, że batonik Hipp ma kiepski skład - tak nie jest. Ale wolę jednak te batoniki Lidlowe choćby i bez oznakowania BIO - zarówno dlatego, że nie mają dodatku mąki i zagęszczonych soków owocowych, jak i dlatego, że są niemal 3 razy tańsze. I powiem Wam w sekrecie, że moja córcia mając do wyboru Hippa i duńskie, bez wahania sięga po duńskie - to musi o czymś świadczyć, prawda? :)





wtorek, 2 kwietnia 2013

Sycący obiad (mniej niż 300kcal i ponad 30g białka) czyli makaron shirataki z kurczakiem w pikantnym sosie z mandarynkami

Wspominałam na blogu o makaronie shirataki i spotkał się z Waszym dużym zainteresowaniem. Ponieważ większość z nas ma na koncie wielkanocne grzeszki żywieniowe a do tego wiosna niesie ze sobą falę postanowień o odchudzaniu, pomyślałam, że zainteresuje Was kolejny przepis z wykorzystaniem shiarataki - szczególnie dlatego, że można go już z łatwością kupić w Polsce. Przy poprzedniej okazji wspominałam, że makarony shirataki są wszystkie do siebie podobne niezależnie od tego od jakiego producenta pochodzą. Muszę jednak zweryfikować tą opinię - do tej pory miałam do czynienia z makaronami zero kalorii z Azji i z USA, najczęściej jadłam makarony Miracle Noodles - one miały dość mocny rybny zapach, który znikał po przepłukaniu pod bieżącą wodą i wymieszaniu z potrawą (makaron konjak przejmuje aromat tego, z czym się go wymiesza), ale pierwsze wrażenie po otwarciu opakowania mogło być niemile zaskakujące i wiem, że dla wielu osób ten zapach jest tak dużym problemem, że nawet wiedząc, że on znika, nie są w stanie przekonać się do skosztowania potrawy (vide moja teściowa:) ). Od sklepu Guiltfree.pl otrzymałam makaron shirataki pochodzący z Francji i bardzo mi przypadł do gustu - w ogóle nie ma tego charakterystycznego zapachu! Poza tym jest jędrniejszy niż shirataki, których wcześniej próbowałam (bardziej al dente) a do tego ma dużą zaletę logistyczną - nie wymaga trzymania w lodówce, a wręcz jest to wyraźnie odradzane.Łącząc test nowego shirataki z zadeklarowaną już miłością do slowcookera przygotowałam kurczaka w pikantno-słodkim sosie cytrusowym. W oryginalnym przepisie (Inspiracja: My Recipes) wykorzystano owoce mandarynek satsuma pochodzących z Japonii - ja rzecz jasna takich nie miałam, użyłam więc klementynek i mandarynek dobrej jakości i myślę, że to była dobra decyzja. Smak tych cytrusów nie jest wyczuwalny w sosie, podobnie jak w poprzednim przepisie mięso i składniki sosu idealnie się ze sobą splotły tworząc doskonale zrównoważony nowy smak. Sos świetnie pasował do makaronu shirataki a dzięki temu, że użyłam makaronu bez kalorii mogłam sobie pozwolić na obfite posypanie gotowego dania sezamem bez obaw o kaloryczność całej porcji. Z egzotycznych składników w potrawie użyta jest pasta z tamaryndowca - nie jest to składnik, którego smak da się wiernie odtworzyć innymi. Jest bardzo ostry w smaku, kwaśny, ostry, nadaje potrawom charakterystyczny 'azjatycki' smak - zachęcam Was do zainwestowania w tę pastę, jeśli lubicie eksperymenty z kuchnią azjatycką; nie jest droga a dzięki intensywnemu smakowi wystarcza na bardzo długo. Ja soją kupiłam w Kuchniach Świata i zapłaciłam za spore opakowanie około 18zł, tylko po to, żeby tydzień później zorientować się, że identyczną mogę kupić w spożywczaku koło biura za... 9zł :)

Słodko-Pikantny Kurczak w Pikantnym Sosie Mandarynkowym z Makaronem Shirataki

Składniki 
/3 porcje/
  • 400g piersi z kurczaka
  • 1,5 - 2 opakowania makaronu shirataki (do kupienia w Guiltfree.pl)
  • 120g czerwonej cebuli
  • sok z dwóch pomarańczy (świeżo wyciśnięty, nie kupny i w żadnym razie nie słodzony)
  • 25g marmolady pomarańczowej niskosłodzonej
  • 1/2 kostki rosołowej bio
  • 2 łyżeczki pasty tamaryndowca (np. takiej)
  • papryka w proszku, sól do smaku
  • przyprawa 5 smaków (nie mogłam znaleźć, użyłam z bólem serca gotowej mieszanki przypraw do dań kuchni chińskiej - przejrzałam opcje wszystkich producentów i wybrałam tę, która nie miała na pierwszym miejscu soli)
  • 3 mandarynki & klementynki dobrej jakości, soczyste i twarde
  • 15g łyżki mąki kukurydzianej
  • gruby szczypiorek i sezam do posypania
Wartości odżywcze 1 porcji: 265kcal / 30,5g białka / 21,7g węglowodanów / 6,1g tłuszczu

Wykonanie
  • Cebulę posiekać, wycisnąć sok z pomarańczy, mandarynki i klementynki obrać, usunąć pestki i odrzucić błonki zostawiając sam miąższ.
  • Kurczaka pokroić na 2-3 kawałki.
  • Do misy slowcookera włożyć cebulę i cząstki mandarynek, wlać sok pomarańczowy wymieszany z marmoladą, dodać przyprawy, rozgniecioną kostkę rosołową, włożyć mięso, podlać 1/2 szklanki wody i gotować na LOW przez 4 godziny.
  • Gotowe mięso wyjąć z garnka i podzielić widelcem (nie nożem) na mniejsze kawałki, odrywając je od siebie. Powstały w garnku sos zagęścić mąką kukurydzianą, przełożyć mięso z powrotem i gotować na MEDIUM jeszcze 15 minut.
  • Wymieszać shirataki z mięsem i sosem, posypać grubo pokrojony szczypiorkiem i sezamem.



Template developed by Confluent Forms LLC